Jesteś niezalogowany
2011-08-03 20:06:09
Brak ocen. Oceń artykuł jako pierwszy.


2011-08-03

Jak ks. Marian Maćkowiak budował kościół w Wipsowie.

Jak ks. Marian Maćkowiak 


 


budował kościół w Wipsowie.


 


 


 


       W Wipsowie,
przy szlaku kolejowym łączącym Olsztyn z Biskupcem, jeszcze na początku lat
sześćdziesiątych XX wieku, stał drewniany, w kształcie prostokąta barak, który
przed pierwszą wojną pobudowały niemieckie władze. Przez kilka dziesięcioleci
służył z początku wojskowym, a później mieszkańcom wioski jako kaplica, którą w
listopadzie 1921 roku poświęcono ku czci Narodzenia Najświętszej Marii Panny.
Jako barak od początku należała do nijakiego Millera, ewangelika, który po roku
1914 podarował księdzu Tadeuszowi Mateblowskiemu, proboszczowi z Ramsowa. Tak
przetrwał drugą wojnę i kolejne lata za nim 10. grudnia 1964 roku na urząd w
parafii ramsowskiej nie trafił ks. Marian Maćkowiak. Urodził się on w 1928 roku
w Sytkach, nad Bugiem. Po napaści Rosji na Polskę zesłano go wraz z rodziną na
Sybir. Do rodzinnej wsi powrócił na krótko, na początku września 1946 roku. W
1950 roku ukończył gimnazjum, a w 1955 Seminarium Duchowne w Olsztynie. Po
otrzymanych święceniach kapłańskie był wikariuszem w Piszu, a do 1957 roku w
parafii w Osieku. W latach 1957-1961 administrował parafią Dobry, w powiecie
pasłęckim. W trzecim roku kapłaństwa ówczesne władze postawiły go przed oblicze
Temidy, próbując przerwać jego pracę dla Kościoła. W Ramsowie, przy pomocy
miejscowych odrestaurował wnętrze i dokonał remontu kościoła. Dopiero za sprawą
Wipsowa było głośno o nim. Jako jeden z nielicznych księży w Polsce, bez
zezwolenia komunistycznych władz (za co był później szykanowany przez SB),
dokonał w 1967 roku „remontu” drewnianej kaplicy-baraku. W swoim życiu potrafił
wykorzystać wszystko co według niego miało w przyszłości służyć w dobrej
wierze. Tak było i z Wipsowem. Ks. Maćkowiak wszedł w posiadanie faktu, to, że
Kurię Biskupia w Olsztynie ujęła w swych planach remont dachu baraku, gdzie
zakładano zdjęcie nadmiernej ilości papy nagromadzonej przez okres użytkowania,
w obawie przed zawaleniem. Ks. Maćkowiak zamierzenia Kurii sprytnie obrócił w kapitalny
remont. Rozpoczął rozmawiać z mieszkańcami, radził się z miejscowymi fachowcami
– jak podołać można remontowi dachu. Dogodnych rozwiązań nie szukał zbyt
długo. 


 


        Po
październikowej odwilży, za namową miejscowych wiernych i przy aprobacie zwierzchników,
podjął się „remontu” drewnianej kaplicy-baraku. Urzędujący biskup zasugerował
mu, aby remontując barak postawił pomocne murowane ściany wewnątrz baraku co
ułatwić miało remont dachu. Ksiądz był innego zdania. Zaproponował, że nie
wewnątrz lecz na zewnątrz baraku pobudować, tuż przy samym okapie mur, jako
rusztowanie. Budowę rozpoczęto od fundamentów, które z początku były zbyt
płytkie. Po ich zalaniu w przeciągu trzech dni stanęły ściany. Nigdy nie
stwarzały pozoru, że będzie coś większego. A jednak doniesiono o budowie gdzie
trzeba. Przyjeżdżali partyjni i ci z urzędu i pytali ks. Maćkowiaka, a on – jak
wspominał – modlił się. – „Boże, chcesz mieć dom dla swego Syna niech tu
przyjeżdżają, patrzą ale niech nie widzą, niech rozmawiają, ale nie rozumieją”.
Wszyscy miejscowi skrzyknęli się i społecznie, etapami, tylko po południu
pracowali na zmianę. Z każdym dniem barak okalały coraz to wyższe mury. Biskup
J. Drzazga nie tylko wspierał proboszcza ale skłaniał go do szybszego
ukończenia budowy, a w każdą niedzielę Ks. Maćkowiak z ambony przypominał że to
co robią to robią z miłości do Pana Boga i społecznie. On sam nocą chodził po
kolonii i pukał do drzwi. Zwoływał nowych ochotników na popołudnie dnia
następnego. Dla niego nie było rzeczy nie możliwych. Jak była potrzeba sam
zdjął sutannę i przyspieszał tempa inwestując w kościół połowę władnej mu
ojcowizny, co później rodzina miała mu za złe. Dokumentacja architektoniczna i
techniczna mieściła się na jednej kartce papieru, na której widniał szkic z
przybliżonymi wymiarami budowli. Największym problemem było położenie więźby
dachowej. Trudu rozwiązania problemu podjął się za namową księdza młody
inżynier. Po wyliczeniu wynikało, że potrzeba blisko 60 kubików drewna. Z jego
pozyskaniem nie było większych kłopotów. Większość pochodziła z prywatnych
lasów, resztę z państwowych. Potem zwózka. W miejscowym tartaku z początku nie
chciano dla księdza przetrzeć drewna na więźbę dachową. Przyszło innym wziąć to
na siebie. Przecierano od godziny pierwszej w sobotę do wieczora, przez noc i
całą niedzielę i pół dnia w poniedziałek. Belki, łaty, krokwie, za namową
inżyniera, który już towarzyszył księdzu do końca trafiły prosto na budowę.
Jednego dnia podciągnięto mury, które w całości zasłoniły znajdujący się wewnątrz
drewniany barak. Sam ksiądz za materiałami jeździł wszędzie, nawet do Olsztyna,
do brata, który nic nie wiedząc o budowie kościoła w Wipsowie wspomagał brata w
materiały i dalej spokojnie budował swój socjalizm, za co go zdjęto z
dyrektorskiego stołka.


 


     Kiedy mury
przewyższyły barak do Wipsowa zjechało się wielu „etatowych”, ale żaden z nich
nie wszedł na teren budowy, która w dzień zamierała, a budziła się po południu.
W czwartek stawiano krokwie. W piątek obito deskami i łatami. W siedem furmanek
przywieziono dachówkę z rozbiórek z popegerowskich starych zagród omijając
socjalistyczną biurokrację. Już w sobotę próbowano wstrzymać dalsze prace. Lecz
architekt powiatowy umiał przekonał służby powołane do ochrony komunistycznego
systemu i kontrolowania wszelakich dziedzin życia społecznego i gospodarczego
aby nie podejmować decyzji przed niedzielą, lepiej po. Ks. Maćkowiak zrozumiał,
że albo w dwa dni dokończy, albo już nigdy. Poruszył wszystkich chodzących po
wipsowskiej ziemi. W sobotę, przez noc, do rana dach kościoła nakrywano
czerwoną dachówką, jeszcze brakującą małą ilość w niedzielę pożyczył sąsiad. W
ostatni poniedziałek września 1967 roku do Wipsowa zjechały czynniki partyjne i
kilku z SB. Chodzili do tartaku, na pocztę i do nadleśnictwa. Rozpytywano, skąd
ksiądz miał drewno na kościół, skąd miał cegłę i dachówkę, kto nadzorował i kto
budował. Kiedy władza państwowa przyszła w południe, w ostatni poniedziałek
września 1967 roku i zobaczywszy ukończoną budowę, założyła plomby,
uniemożliwiając dostęp do baraku, który pozostał w środku.


 


            O kościele
i księdzu Maćkowiaku było głośno. Mówiło Radio Wolna Europa – jak to księdzu z
parafii Ramsowo udało się na oczach SB i partii postawić nową świątynie i nie
zapomniano dodać, że księdza wspomagali miejscowi partyjni, i to, że był
jedynym duchownym w Diecezji Warmińskiej, który za PRL pobudował kościół bez
zezwolenia, a w kraju, miejscowe media okrzyknęły go wrogiem socjalizmu. W
końcu władne służby wzięły księdza Maćkowiaka na spytki. A pytany twierdził, że
nie budował, a to że budowali ludzie to im nie przeszkadzał. Jednego dnia nawet
próbowano podpalić drewniany barak znajdujący się w nowo pomurowanym kościele.


 


            Staraniem
ks. Maćkowiaka później zalegalizowano budowę kościoła tak, że jeszcze w tym
samym roku dobudował wieżę kościelną, a w 1967 roku uzyskał zgodę na rozebranie
drewnianej kaplicy-baraku. Nie zapomniano to księdzu, gdzie trzy lata później
wytoczono mu proces sądowy za nielegalną budowę. Proces nie trwał długo. Przesłuchano
blisko 70 osób, którzy pracowali przy budowie. Prokurator wnioskował o
zwolnienie go z parafii ramsowskiej. A społeczny komitet budowy, który powstał
po wybudowaniu kościoła służył już tylko w obronie księdza. Zrzeszał
mieszkańców Wipsowa i kolonii. Wśród członków byli i partyjni, którzy
przykładnie pracowali przy budowie, o czym ks. Maćkowiak nie zataił w sądzie.
Mając na uwadze nienaganny tryb życia oskarżonego, sąd wymierzył karę grzywny.
Jeszcze w 1968 roku zainstalowano dwa dzwony. Dwa lata później, 23. sierpnia
1970 roku nowa, pomurowana świątynia stała się kościołem parafialnym św. Jana
Vianey, którą konsekrował biskup Józef Drzazga. Po blisko dwóch latach, 24.
kwietnia 1972 roku, ks. Marian Maćkowiak otrzymał godność kanonika honorowego
Warmińskiej Kapituły Katedralnej. Jak rzekł biskup – była to nagroda za
szesnastoletnią pracę duszpasterska, jak też za trud budowy świątyni w
Wipsowie, które to przedsięwzięcie było wyjątkowym i ogromnie trudnym, a on sam
nie ugiął się gróźb i doprowadził budowę do szczęśliwego końca.


 


Kiedy w sierpniu 1973 roku ks. kan. Marian Maćkowiak
odchodząc do Pasłęka, żegnała go cała parafia, żegnało go i Wipsowo, w której
pozostawił murowany kościół i pamięć w sercach mieszkańców bez względu na
pochodzenie i narodowość. Tam w Pasłęku, w oczach miejscowych urzędników
remontując kościoła św. Bartłomieja, miał zachwiać postawy socjalizmu. Stawał
przed sądem i przed kolegium ds. wykroczeń. Żądano usunięcia go z parafii.
Wręcz innego zadnia był biskup Józef Glemp, który mianował go wicedziekanem, a
16. listopada 1982 roku, biskup Jan Obłąk dziekanem w Pasłęku. Służby
Bezpieczeństwa nie dawały mu spokoju. 18. lutego 1983 roku, pod ich presją i
naciskiem władz administracyjnych zwolniony został z urzędu dziekańskiego, a
19. lutego z funkcji administratora parafii i nominowany na stanowisko
administratora parafii w Jedwabnie. 


 


            Nie
wytrzymało księżowskie zdrowie takiego naporu. W marcu 1983 roku, poprosił o
emeryturę i zamieszkał w Olsztynie. Nie zapominajmy, że ks. kan. Marian
Maćkowiak jest rodzonym bratem błogosławionego ks. Władysława – męczennika z
Berezwecza. O nim nie pisano wiele, za to mówiono, że był znaną osobą w
Wipsowie, w Dekanacie Warmińskim, w Polsce, a sekret swych osiągnięć oraz
uznanie, jakie zyskał wśród parafian i władzy Kurii Diecezjalnej czy u
większości kapłanów, to żmudna i wytrwała praca, którą uważał za podstawowy
element osobistości kapłana. Do dziś mówi się o nim; „Nie wielu jest księży w
Polsce, co by mogli poszczycić się Bł. Bratem, ale nie ma też drugiego, co by
wycierpiał tyle co On”.


 


W. Zenderowski „Wiadomości Barczewskie”, 2001.


Na prośbę ks. kan. M. Maćkowiaka w artykule nazwiska osób
związanych z budową kościoła św. Jana Vianey zostały celowo pominięte.


Loading
trwa aktualizacja mapy
proszę czekać...